Tęsknisz za „Grą o tron”? Zobacz „Rycerza Siedmiu Królestw”!
George R.R. Martin to jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy fantasy. Choć uniwersum Westeros już wcześniej trudno było odebrać czar, to serial powstały na jego podstawie stał się absolutnym ewenementem. Reżyserom i showrunnerom zależało na pokazaniu fantasy w sposób, w jaki wcześniej nikt tego nie robił – wprost i bez ogródek. Wszechobecny brud, nagość i brutalność stały się jednymi z cech rozpoznawalnych tej produkcji.
Gdyby jednak serial wyróżniał się wyłącznie tym, dostalibyśmy po prostu kolejny obrzydliwy i nieoglądalny twór. Tym, czym „Gra o tron” przyciągnęła widzów, był przede wszystkim realizm świata, prawdziwe moralne dylematy, autentyczne postaci oraz niespodziewane zwroty akcji.
Kilka lat po tym, jak ostatni sezon pozostawił wielu z nas z niedosytem, na platformie zadebiutował „Ród smoka”. Choć zaczynał się obiecująco, niewiele zostało w nim z uwielbianej przez widzów „Gry o tron”. Twórcy zdają się gdzieś po drodze pogubić i wciąż próbują na nowo odnaleźć „to coś”.
„Rycerz Siedmiu Królestw”, który zadebiutował 19 stycznia 2026 roku, zabiera nas z powrotem do świata, który tak bardzo pokochaliśmy.
Sir Duncan (tępy jak buzdygan) Wysoki

Duncan, czyli nasz tytułowy Rycerz Siedmiu Królestw, już od samego początku dostaje kilka bardzo mocnych scen. W pierwszych minutach otrzymujemy niemal wszystko to, z czego słynęła „Gra o tron” – brutalność, absurd, a w końcu… obsceniczność. Zabieg, którym twórcy postanowili przyciągnąć uwagę fanów, by następnie poprowadzić ją w określonym kierunku, jest niezwykle groteskowy. I bardzo w stylu tego uniwersum.
Oglądając tę konkretną scenę (a ci, którzy już widzieli serial, na pewno wiedzą, o czym mówię) przecierałam oczy ze zdumienia. Czy stanowi to jakieś przesłanie? Wyraźne odcięcie się od tego, co było? Przytyk w stronę fanów? A może po prostu czysty naturalizm, bez głębszej filozofii? Odpowiedzi zostawiam Wam.
Duncan uważa się za rycerza z mianowania. W jego rolę w genialny sposób wciela się Peter Claffey, były rugbysta. Zostaje pasowany przez swojego mistrza, sir Arlana z Pennytree, u którego przez długie lata był giermkiem – choć sam fakt pasowania pozostaje pod dużym znakiem zapytania.
Swoimi uczynkami i postawą pokazuje jednak, że bycie rycerzem to nie tylko tytuł czy pochodzenie, lecz przede wszystkim honor i konkretna postawa. Tam, gdzie – niczym w Beauclair – ideały rycerskie zdają się rozmywać w szarej codzienności, on udowadnia, że dla niektórych wciąż mają dawną moc i znaczenie.
Dunc nie jest jednak dumnym, wyniosłym wojownikiem. Jest niezwykle wysoki, przez co bywa niezgrabny i często wpada w tarapaty. Nie nadrabia też inteligencją – nieraz najpierw mówi (i robi), a dopiero potem myśli. Nie wygląda przy tym ani karykaturalnie, ani sitcomowo. Raczej jak prosty mężczyzna, który nie zdążył przyzwyczaić się do własnych gabarytów i nigdy nie obracał się w towarzystwie elit.
Egg – wielka charyzma w drobnym ciele

Kiedy do Duncana dołącza Jajo – mały, lecz niezwykle bystry chłopiec – dosłownie nie można oderwać oczu od tej dwójki. Ich dynamika działa niesamowicie hipnotyzująco już od pierwszej wspólnej sceny.
Dunc bywa surowy dla niespodziewanego kompana podróży, nieraz go strofuje. Można jednak odnieść wrażenie, że wcale nie chce tego robić – że ta szorstkość jest raczej echem jego własnej przeszłości niż realną potrzebą dominacji.
Mały Egg natomiast zupełnie nie przejmuje się pogróżkami rycerza. Jest niesforny, pewny siebie i beztroski – dokładnie tak, jak potrafi być dziecko w jego wieku. Co ważne, nie jest to dziecięcość sztuczna ani wymuszona, jaką niestety często oglądamy u młodych aktorów. Dexter Sol Ansell jest niezwykle autentyczny w roli Jaja. Kradnie show w niemal każdej sekundzie swojej obecności na ekranie.
Bitwa na oceny

Serial zyskał ogromną popularność w bardzo krótkim czasie. Twórcy zdają się uważnie wsłuchiwać w potrzeby widzów. Mając na uwadze negatywny odbiór drugiego sezonu „Rodu smoka” — z jego okropnymi dłużyznami (Daemon snujący się przez kilka odcinków po Harrenhal chyba na zawsze będzie nam odbijał się czkawką) – postanowili postawić na konkrety. Odcinki trwają około 30 minut, dzięki czemu o przestojach nie może być mowy. Akcja płynie wartkim strumieniem, a wydarzenia następują po sobie w naturalny, logiczny sposób.
Kwintesencją tego sukcesu stała się ocena czwartego odcinka, która przez pewien czas utrzymywała się na poziomie 10/10 w rankingach. Dlaczego „przez pewien czas”? Jak wiadomo z medialnych doniesień, jedynym serialem, którego odcinek posiadał legendarną „dziesiątkę”, był epizod „Breaking Bad”.
Część (nie oszukujmy się) toksycznego fandomu, w obawie przed detronizacją swojego ulubieńca, zaczęła masowo wystawiać oceny jednogwiazdkowe tylko po to, by „Rycerz Siedmiu Królestw” spadł w rankingu. Na reakcję fanów „Pieśni Lodu i Ognia” nie trzeba było długo czekać. W odpowiedzi również zaczęto masowo zaniżać oceny „Breaking Bad”.
Zdroworozsądkowa część obu fandomów nie kryje zażenowania całą sytuacją. Przez garstkę toksycznych ludzi, niczym dzieci w piaskownicy obrzucające się piaskiem nawzajem, oba seriale wyraźnie straciły w rankingach.
Pozostaje mieć nadzieję, że tego typu „review bombing” nie tylko w przypadku wspomnianych produkcji, lecz także innych seriali, przestanie być brany pod uwagę przy realnej ocenie jakości.












Opublikuj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.